Z każdym rokiem robią postępy, robią lepsze wyniki, lepiej promują swoich sponsorów i miasto. Nadal chcą się rozwijać i realizować nowe cele sportowe. Podsumujmy TransAlp 2010.
Rzeszowianie Marcin Piecuch i Arkadiusz Cygan, w barwach SZiK Martombike ESKA TEAM po raz drugi stanęli do rywalizacji w jednym z najsłynniejszych w świecie, etapowym wyścigu w kolarstwie górskim Craft Bike Transalp 2010, przemierzającym Alpy z północy na południe przez Niemcy, Austrię, Szwajcarię i Włochy. W wyścigu wzięło udział ponad 550 teamów z 40 krajów. W klasyfikacji generalnej zajęli 14 miejsce, poprawiając swój zeszłoroczny wynik aż o 11 pozycji. O podsumowanie tego sezonu poprosiliśmy Marcina Piecucha.
MTBnews.pl: W tym roku na Transalpie zajęliście 14. miejsce. To spory postęp w stosunku do ubiegł roku. Co zadecydowało o tak dobrym wyniku?
M.P.: Myślę, że przede wszystkim doświadczenie zdobyte rok wcześniej. Wiedzieliśmy jak nasze organizmy będą reagowały na ściganie się przez 8 dni. Mogliśmy lepiej rozplanować przygotowania, uzupełniając je o takie treningi, które zaprocentują na etapówce. Na pewno też w 2009 roku nie osiągnęliśmy szczytu swoich możliwości i trenując z roku na rok jesteśmy coraz mocniejsi. Już przed wyjazdem rozpracowywaliśmy profile poszczególnych etapów, usprawniając dostarczanie bidonów, tak by maksymalnie odciążyć nas na trasie. Wiedząc jakie znaczenie ma codzienna regeneracja, zabraliśmy ze sobą, tak jak w roku ubiegłym, moją dziewczynę Asię – pracującą na co dzień w gabinecie fizjoterapii, a na Transalpie pełniącą rolę masażystki. Dodatkowo dzięki firmie Weron korzystaliśmy z elektrostymulatora Sham i uciskowych skarpetek Sigvaris, mała rzecz, a rezultat powalający. Ponownie mieszkaliśmy w kamperze, ale zabraliśmy również mój samochód. Do pomocy mieliśmy też więcej rąk – w sumie było nas 7 osób. Lepiej przygotowaliśmy się sprzętowo, dbając o każdy szczegół nie tylko w rowerze, ale i w naszym stroju. Stosowaliśmy również nowe odżywki, które poznałem całkiem niedawno i jestem z nich bardzo zadowolony. Jak widać wiele rzeczy mogliśmy jeszcze poprawić w stosunku do poprzedniego roku, z którego i tak byliśmy bardzo zadowoleni. Dopisywało nam również szczęście, może nie zawsze, ale przynajmniej wtedy, gdy walczyliśmy na trasie. Jeden 5 minutowy defekt to tyle co nic. Oczywiście oprócz naszych chęci, wpływ na wyjazd mieli sponsorzy, bez których na pewno tak byśmy się nie zorganizowali.
MTBnews.pl: Jak wyglądały przygotowania do tegorocznego wyścigu?
M.P.: W grudniu ułożyłem plan treningowy do samego Transalpu. W tym czasie przewidywałem około 550 godzin treningów. Założyłem lekki progres w stosunku do roku ubiegłego, realizując plan nawet jeszcze go zwiększałem, widząc, że organizm przyswaja. Ostatecznie udało mi się zrealizować blisko 600 godzin. Na rowerze przejechałem 12 489 km i 107 595 m w pionie – to dane z mojego Polara RS 800CX.
Treningi rowerowe, które w zimie nie są intensywne, staraliśmy się wykonywać na zewnątrz. Nie raz wyjeżdżaliśmy przy minusowej temperaturze, problemem był dopiero śnieg. Tak spędziliśmy po 40 godzin w grudniu i styczniu. Oprócz tego dużo ćwiczyliśmy na siłowni. Nie zapominaliśmy o regeneracji: basen, sauna i masaż. Wiele skorzystałem z treningów w Centrum Sportu, Turystyki i Rekreacji w Strzyżowie. W połowie lutego pojechaliśmy na dwutygodniowe zgrupowanie w okolicy San Marino. W Polsce chyba właśnie wtedy były największe śnieżyce. Przejechałem tam 1600 km i 20.000 m. w pionie, Arek niestety pod koniec złapał kontuzję kolana. Po powrocie lekarz zapisał mu zabiegi i nakazał 4-tygodniowy odpoczynek od roweru! Trochę się obawialiśmy, jak dalej będą przebiegać przygotowania, ale na szczęście, gdy kontuzja została wyleczona, wszystko szło już jak należy. Gdy wiosenna pogoda przyszła do Polski, trenowaliśmy na naszych ulubionych trasach wokół Rzeszowa. Dużo jeździliśmy po górkach, zbierałem dane z treningów i obserwowałem postępy. Od kwietnia do lipca poprawiliśmy czas o 15%. Odcinki testowe pokonywaliśmy szybciej niż w zeszłym roku. To napawało optymizmem.
MTBnews.pl: A jak pozostałe przygotowania? W naszej rozmowie w zimie powiedziałeś, że organizacja udziału w Transalpie 2009 przeciągnęła się do samego wyjazdu i chciałeś to poprawić, udało się?
M.P.: Niestety, początek roku był chyba cięższy i firmy wstrzymywały się z decyzjami o wsparciu naszego teamu. Przygotowaliśmy jeszcze ciekawszą prezentację, mieliśmy świetne materiały z tamtego roku. Sponsorów szukałem wszędzie, a z pomocą sklepu Fan-Sport rozmawialiśmy o jak najwyższym rabacie na Cannondale. Od początku mogliśmy liczyć na Radio Eska i SZiK - części samochodowe. Gdy doszło Miasto Rzeszów i firma Greinplast, zdecydowaliśmy się na kupno nowego roweru. Szybko wykonaliśmy nowy projekt strojów, ale musieliśmy wstrzymywać się z wykonaniem, czekając na potencjalnych sponsorów. Na szczęście firma Martombike, nasz nowy sponsor, uspokajała nas, że na pewno zdążą. Ostatecznie stroje kolarskie zostały uszyte nie tylko szybko, ale przede wszystkim były idealnie dopasowane i najlepszej jakości. Akcesoria takie jak kamizelka, rękawki i nogawki dopełniały całość. Oczekując na rowery kompletowaliśmy wszystkie dodatkowe części. Był moment, że mieliśmy już wszystko oprócz rowerów… Problemy były również z kamperem, więc stresu przed wyjazdem było sporo. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, na miejsce przyjechaliśmy w środę i wspaniale przyjęci w Fussen przez naszego znajomego, Friedela Brandtsa spokojnie oczekiwaliśmy startu.
MTBnews.pl: Na jakim sprzęcie jechaliście?
M.P.: Startując w ubiegłym roku na rowerach Cannondale zgodnie uznaliśmy, że nie ma lepszej marki. Sprzęt ani razu nas nie zawiódł, a wyróżniało go wiele. Mieliśmy korbę z dwoma blatami. Amortyzator lefty bijący sztywnością i masą wszystkie amortyzatory, w dodatku z 110 mm skoku, a całość bardzo lekka i po prostu „szybka”. Gdy Cannondale pokazał pierwsze informacje o ich nowości 2010 – sztywniaku Flash, od razu zdecydowaliśmy się o niego starać. Padło na hardtaila, chodź w tamtym roku jechałem na Scalpelu. Byłem z niego zadowolony, jednak różnica wagowa wzięła górę. W Alpach full w niewielu miejscach był bardziej przydatny niż sztywniak, natomiast na podjazdach liczyła się przede wszystkim masa. Opcja wyposażenia mogła być również tylko jedna – Sram XX. Czołowe zespoły w 2009 roku już na nim jechały, zazdrościliśmy im kaset z 36 zębami… Kolejną istotną rzeczą były koła. Początkowo zadowoleni z SLR-ów zobaczyliśmy, że w czubie Transalpu ich prawie w ogóle nie ma! Tam dominują najlżejsze – często dobierane indywidualnie komponenty mało popularnych w Polsce firm.
MTBnews.pl: Czy w takim razie dokonaliście jakichś zmian w seryjnym modelu Flash Team?
M.P.: Założenie na ten rok było jedno – maksymalnie zejść z wagi. Flash w 100% je spełniał. Najlżejszy set rama-amortyzator-mostek-korba uzupełniony właśnie XX-em i wymarzonymi kółkami – DT swiss XCR 1.2! Nie potrzebowaliśmy nic wymieniać, a dodatki jakie wybraliśmy dopełniły całość. Dzięki firmie 7Anna mogliśmy wkręcić najlżejsze pedały – Crank Brothers Egg Beaters 4ti, które w połączeniu z butami Mavic Fury XC, oczywiście od Harfy-Harryson, stanowiły również bardzo lekką masę rotującą, nie mniej ważną od kół. Z ubioru oprócz butów korzyści na pewno przyniósł nowy kask Giro – Prolight od firmy Bikeman. Ten najlżejszy kask na świecie pomógł nam zaoszczędzić kolejne 100 g! Z Giro mieliśmy również lekkie i wygodne rękawiczki oraz okulary. Na nasze karbonowe koła DT, dzięki wsparciu Formicki-bike, założyliśmy lekkie, ale z agresywnym bieżnikiem opony Schwalbe Rocket Ron. Opony dzięki dużemu balonowi świetnie sprawdziły się na alpejskich szlakach w bardzo zróżnicowanym terenie. Istotne było również to, co wlaliśmy do środka. Był to płyn FRM, który otrzymaliśmy od firmy Jumar-Kucewicz. Na drugim etapie pomógł mi uszczelnić dziurę i wystarczyło tylko dobicie powietrza z naboju. Na zjazdach prędkość pomagały nam kontrolować klocki A2Z od Bicyklonu. Zarówno przed wyścigiem jak i teraz oceniam przygotowanie rowerów wzorowo, nic bym nie zmienił. Cały rower w pełnej, startowej gotowości nie przekroczył 8 kg!
MTBnews.pl: Jaka była trasa tegorocznego Transalpu? Mieliście jakieś przygody w czasie wyścigu?
M.P.: Do pokonania mieliśmy w sumie 598 km i 19685 metrów w pionie. Zajęło nam to 30:17:41,8. Najdłuższy, piąty, etap liczył 107 km. Równocześnie był on bardzo wymagający kondycyjnie i technicznie. Ponad 3400 metrów podjazdu w pionie, a w dół ponad 4000 m.! To na tym etapie były też miejsca, gdzie widok asekuracji na linach, na wypadek gdyby ktoś poleciał ze ścieżki w dół, dodawał adrenaliny. Najbardziej pamiętam jednak etap czwarty. Urozmaicona trasa, prawie w całości po ścieżkach i szutrach przebiegających w okolicach 2000 m n.p.m. Na tym etapie przeżyłem najmocniej sportową rywalizacją, ale także współpracę z innymi teamami, z którymi stanowiliśmy zgrany zespół walczący z trudami trasy, mając równocześnie świadomość, że każdy z nas szuka najodpowiedniejszego momentu na atak. Udało nam się taktycznie rozegrać tę walkę z rywalami i samym sobą, by nie zaatakować zbyt wcześnie. Zdobyliśmy wtedy 16 miejsce w kat. i 17 open. W stosunku do ubiegłorocznego Transalpu, tym razem trasa była znacznie bardziej wymagająca, o wiele więcej było ścieżek, jechaliśmy na wysokościach, na których nie ma wielu specjalnie przygotowanych tras rowerowych. Wyjechaliśmy na szczyt Idioch, liczący 2737 m. n.p.m. Luźne podłoże na zjazdach nie dawało chwili wytchnienia, po nieraz ponad godzinnych podjazdach, na których układane miejscami betonowe płyty miały zapewnić przyczepność, której na szutrze już by nie było. O trudności trasy może świadczyć fakt, że z 542 teamów na metę 8 etapu nad Jezioro Garda dojechały 463 teamy! Nasze przygody z każdego etapu sukcesywnie zamieszczamy na stronie www.transalp.rzeszow.pl.
MTBnews.pl: Czy po tym wyścigu macie jakieś nowe przemyślenia pod kątem przyszłorocznych startów?
M.P.: Tak naprawdę to ciągle jeszcze jest sporo rzeczy do ogarnięcia po tegorocznym. Rozliczeń i papierkowej roboty prawie nie ruszyłem przed wyjazdem. Ciągle wyjeżdżamy na zawody, w tym roku wzięliśmy już udział w 14 maratonach, dlatego brakuje czasu nawet na dokończenie relacji z poszczególnych etapów. Marzą mi się kolejne etapówki i różne ciekawe wyścigi, więc nadal szukam sponsorów, bym mógł wziąć w nich udział. Żeby dalej się rozwijać i osiągnąć jeszcze lepszy wynik potrzebuję wsparcia. Nie jest proste połączenie tylu godzin treningów, szukania i przygotowywania materiałów dla sponsorów, czy organizacji wyjazdów ze studiami i życiem osobistym.
MTBnews.pl: Czy Transalp nadal będzie dla was imprezą docelową, czy może planujecie jakieś zmiany?
M.P.: Dużo zależy od tego jak zakończy się ten sezon, czy zainteresujemy współpracą kolejne firmy. Tak, jak już powiedziałem, potrzebne jest wsparcie. Chciałbym, żeby powstał polski team jeżdżący po różnych etapówkach na świecie. Mogłoby być więcej ekip startujących, a sprawdzona obsługa, nabierając doświadczenia z wyścigu na wyścig, pomagałaby wywalczyć kolejne minuty. Firmy sponsorujące taki team, a związane z branżą rowerową, na pewno byłyby postrzegane jako te, które sprawdzają się w najcięższych warunkach – a takie są na pewno na wyścigach etapowych. Chcielibyśmy jeszcze na koniec podziękować wszystkim sponsorom: SZiK - części samochodowe, Martombike, Radio Eska, Miasto Rzeszów, Greinplast, Weron, Fan-Sport, Bikeman, 7Anna, Yellowtrip, CoolGym, CSTR, TPM. Bez nich na pewno nie osiągnęlibyśmy takiego wyniku. Podziękowania kierujemy też do naszej obsługi, rodzin, kibiców i wszystkich, którzy przyczynili się do naszego sukcesu. Gorące podziękowania składamy również dla firmy Sportograf, która udostępniła nam profesjonalne zdjęcia z Transalpu.
|