1 czerwca etapem Sonthofen - Pfronten ruszył wyścig TransGermany. Na trasie mamy Polaka, który od kilku lat specjalizuje się w etapówkach i idzie mu coraz lepiej. Relacja Marcina Piecucha.
Dokładnie 8 lat temu jechałem na mój pierwszy w życiu maraton. Wówczas był to Kraków, teraz mój kolejny start na dzień dziecka to międzynarodowa etapówka TransGermany. Wtedy marzyłem po prostu o udziale w wyścigu, teraz chciałbym zająć takie miejsce jak te 8 lat temu. A tak naprawdę, to dobrze by było zmieścić się do pierwszego sektora…
Obserwując od kilku dni pogodę spokojnie nastawiałem się na przepowiadane opady w noc poprzedzającą wyścig. Pobudka o 6:30, kontrolnie spojrzałem przez okno – jeszcze lekko mży, ale tak, jak było na prognozach, wygląda, że wciągu dnia będzie już spoko. Szybkie, standardowe śniadanko. Przygotowuję bidony i znoszę przygotowane wczoraj rzeczy do auta. Ruszamy przed 8.00. Do Sonthofen mamy niecałe 60 km, częściowo autostradą. Asia kieruję, ja piszę te kilka słów popijając przegryzanego LowGi. Od czasu do czasu zerkam sobie na wykres dzisiejszego etapu, ale wiem, że znam go już na pamięć. Tym bardziej ostatnie 20 kilometrów trasy, które wczoraj przejechałem. Wybiła 8:30, dojeżdżamy na miejsce startu, zakładam świeżutkie buty Mavica, które przyjdzie mi dziś godnie ochrzcić na ich pierwszym wyścigu. O 9:00 stanę w kolejce do sektora, żeby ładnie ustawić się przy linii, zaraz za VIPami. To tyle na razie, do usłyszenia później….
Tak jak wcześniej napisałem, w pełni ogarnięty na godzinę przed startem zacząłem kręcić się w pobliżu bramki do sektora. Gdy pozwolono wchodzić, szybko zająłem miejsce z boku przy linii. Kilka fotek i Asia ruszyła na pierwszy punkt, gdzie przechwycę od niej bidon. 15 minut przed startem zaczęli schodzić najlepsi, między innymi Karl Platt, a ja przecisnąłem się trochę do przodu między nimi. Karl na 5 minut przed startem zorientował się, że ma niedokręconą tarczę z tyłu, a że jego mechanik był jeszcze na miejscu, to szybko naprawili mogącą się źle skończyć usterkę. Miałem okazję potrzymać jego ciężki rower i zamienić kilka słów, na koniec przybijając żółwika pożyczyliśmy sobie udanego ścigania.
Punktualnie o 10:00 ruszyliśmy na trasę pierwszego etapu. Prowadzeni przez policję i motory jechaliśmy spokojne, nikt nie naciskał, toteż można było „wkręcić” nogi. Trochę się tego obawiałem, bo chwile stałem na starcie i nie miałem jak prawidłowo przeprowadzić rozgrzewki. Po 45 minutach byłem na szczycie 13 kilometrowego podjazdu, na serpentynach próbowałem doliczyć się zawodników jadących przede mną, chyba około 42-45. To taki plan minimum, zapewniający start z pierwszego sektora następnego dnia (wchodzi do niego 50 osób z kat. Men). Oczywiście organizator nie czekał z atrakcjami i już na pierwszym podjeździe kilka razy zeskakiwaliśmy z rowerów. 4-kilometrowy zjazd z 600 metrami w pionie szybko przypomniał mi zapach rozgrzanych klocków z TransAlpu, mimo tego, że pogoda sprzyjała ich chłodzeniu, na szczycie było 7 stopni i lekko siąpił deszcz. Uczucie to dodatkowo potęgowała mrożąca woda spływająca jeszcze z wyższych partii gór. Na dole w miejscowości Bad Hindelang czekała Asia z bidonem, która krzyknęła, że jadę na 42 pozycji. Ok., teraz dokładnie będę śledził zmiany i liczył głowy. Rozpoczął się kolejny 7 kilometrowy podjazd, który pokonałem w 30 minut, ogólnie nie poprawiłem ani nie pogorszyłem pozycji, chodź przetasowania były spore. Kolejny zjazd, na którym trzeba było walczyć z wychłodzeniem i gdzie do pokonania na 10 kilometrach było kolejne 500 metrów w pionie z drobnymi przerywnikami. Zaczynam jechać z gościem z Cube’a, twarz znajoma, początkowo wydaje mi się, że go nie utrzymam, ale z czasem noga się wkręciła i to ja przed szczytem zaatakowałem. Złapałem dwóch kolejnych zawodników, m.in. znajomego z Texpa-Simplon, z którym rywalizowaliśmy na TransAlpie. Kolejny zjazd prowadził do kolejnego punktu spotkania z Asią. Łapię bidon, kontrola pozycji i lecimy. Od tego miejsca trasa jest mi znana, wczoraj przejechałem sobie jej ostatnie 20 kilometrów. Zaczynam doganiać kolejne osoby, które słabną z wychłodzenia, sam również czuję, że temperatura robi swoje. Wciągam jeszcze żelka, magnez i guaranę. Do mety jeden krótszy i jeden długi na 300 metrów w pionie podjazd. Do ostatniego szczytu kasuję 5 osób. Ewidentnie noga mi się rozkręciła. Zjazd pokonuję wspólnie z kolejnym znajomym z TransAlpu, fajnie znów się zobaczyć. Doganiamy jeszcze dwójkę zawodników i w czterech wypadamy na końcowe płaskie kilometry. Trochę po zmianach, ale gdy tempo spada, to ja staram się zaciągnąć, żeby nie mieli czasu na odpoczynek. Asia i Fridel stoją kilkaset metrów przed metą, co znów dodaje mi skrzydeł i zaczynam długi finisz z grupy. Udaję się, wpadam na metę na 35. pozycji open i 31. w kategorii. Nie spodziewałem się. Ucieszony łapię bidon z Recovery i rozkręcam nogi. Czas do kolejnego etapu trzeba maksymalnie wykorzystać.
Wyniki Men:
1 Sauser Christoph - Specialized 2:49.21
2 Lakata Alban - Topeack Ergon 2:50.16
3 Kaufmann Markus - Centurion-Vaude 2:52.08
4 Böhme Tim - Team Bulls 2:56.40
5 Bettinger Matthias - Centurion-Vaude 2:56.44
...
31 Piecuch Marcin - SZiK Martombike Eska Team 3:13.1
Fot: © CRAFT BIKE TRANS GERMANY powered by NISSAN/Peter Musch
|