MTBnews.pl

Start arrow Newsy arrow Ludzie arrow MarathonMan Europe #3
MarathonMan Europe #3 Email
23.06.2011.
ImageMarcin Piecuch zajął doskonałe miejsce na trzeciej edycji MarathonMan Europe, która pod nazwą International MTB Marathon Malevil Cup 2011 odbyła się w Czechach. Relacja Marcina.

Układając kalendarz startów przed sezonem nie planowałem udziału w tym wyścigu na 100%. Głównym powodem było duże natężenie imprez na początku czerwca. Nie chciałem przesadzić z ilością ciężkich maratonów. Po za tym pokrywający się termin z innymi imprezami wprowadzał niepewność. Decyzję miałem podjąć wracając z Willingen. Jak napisałem wcześniej, z mojej dyspozycji i przebiegu wyścigu w Niemczech, byłem bardzo zadowolony. Tydzień po etapówce nie odczuwałem zmęczenia, podobnie było po Willingen. Można powiedzieć, że było nawet lepiej, a wrażenia z wyścigu jeszcze mocniej mnie nakręcały. Dwa treningi z Larym również poprawiły moje morale – „Cinek, jesteś w gazie…” - powiedział Lary. Dlatego poważnie zacząłem myśleć o udziale w trzeciej edycji MarathonMan Europe, która rozegrana miała zostać podczas XII. International MTB Marathon Malevil Cup 2011. Gdy poznałem zajmowane przeze mnie miejsce w generalce całego cyklu, uznałem, że trzeba przypilnować każdej edycji. Ok, jadę. Powstał tylko inny problem – nie miałem z kim. Kilka kombinacji, szukam najlepszego rozwiązania. Zadzwoniłem do Arka i chociaż ja byłem jeszcze niezdecydowany, to po krótkiej rozmowie oświadczył, że nie ma już odwrotu i jedziemy!

Image

W piątek koło 12 ruszyliśmy. Arek z Warszawy, ja z Rzeszowa. W Krakowie zgarniam go z dworca i jedziemy na Zgorzelec. Od razu przedstawiam mu przygotowane mapy, wykresy, listę zawodników z numerami i wyniki z poprzednich lat. Droga mija szybko. Pod wieczór docieramy na miejsce, szybko potwierdzam rejestrację i odbieram gadżety. Rzucamy okiem na miejsca gdzie poleci trasa. Wracamy 30 kilometrów do Bogatyni na nocleg. Wszystko przygotowane, budzik na 5:30 i idziemy w kimę… Po kilku godzinach snu budzi mnie deszcz. Śpimy przy rzece, która na początku sierpnia ubiegłego roku zniszczyła to miasto. Ciągle jeszcze nieodbudowane mosty dają do myślenia. Śpię trochę nie spokojnie, o 5:12 uznaję, że nie ma już sensu się przewracać. Lepiej wcześniej zjeść. O 7.00 ruszamy, jeszcze raz omawiamy zaplanowane punkty. Na miejscu startu jesteśmy jednymi z pierwszych. Spokojnie się wypakowujemy i lecimy ze standardowym przygotowaniem. Na kilka minut przed startem Arek już rusza. Pierwszy punkt spotkania to około 15 kilometr. W pierwszym sektorze nie ma wiele osób, dyskretnie oglądam zawodników z namierzonymi numerkami.

ImagePo starcie mamy około jednego kilometra asfaltowego podjazdu. Jak się szybko okazuje, dalej nie będzie go już prawie w ogóle. Skręcamy w pola i od razu widać ile spadło w nocy deszczu. Ślizgamy się po trawie, jeszcze gorsze są koleiny i glina. Na jednym z pierwszych zakrętów z nachyleniem do zewnętrznej wyjeżdżamy wszyscy poślizgiem. Dopiero drugi i trzeci podjazd rozrywa czołową grupę. Odliczam pozycję, jadę około 17 miejsca. Poznaję Niemca, z którym jechałem początek w Willingen. Jeszcze z jakimś Czechem zaczynamy współpracę. Przed nami kolejna trójka.

Pierwsze kilometry mijają szybko. Drogi, choć rozmoczone i śliskie, są szybkie. Po nieco ponad 10 kilometrach czeka już sporo ludzi z obsługi. Nie widzę Arka, zaczynam się zastanawiać czy dojechał. Wszystko jest na szczęście ok., czeka w umówionym miejscu na 15 kilometrze. Choć mam jeszcze sporo picia, łapię cały bidon. Jak nie wypiję, to na pewno przyda się, żeby polać napęd. Trasa powoli zaczyna się zawężać z szerszych dróg polnych w leśne ścieżki. Strome ścianki, na których walczę z uślizgiem kół wykorzystuję również do ataku. Odjeżdżam. Nie chcę stracić kontaktu wzrokowego z trójką przed nami. Teraz już dwójką, bo jeden został robić kapcia. Na dłuższym zjeździe polami dochodzi mnie Czech. Kilka zmian i wjeżdżamy w ścieżkę prowadzącą wzdłuż granicy z Niemcami. Jednocześnie zaczynamy jeden z dłuższych podjazdów, około 6 kilometrów i 260 metrów w pionie. Początek jedziemy razem, ale gdy dojeżdżamy do szutrówki ja znów zaciągam. Tym razem już na dobre.

Zaczynają się też konkretne zjazdy, nie dość, że strome, to jeszcze mega śliskie. Nawet nie wiem kiedy zleciało pierwsze 30 kilometrów. Gdzieś za chwilę będzie Arek, dobrze bo sporo Power Drinka nie poszło do mojego gardła, tylko na łańcuch i kasetę. Fajnie zlokalizowany bufet, widzimy się już wcześniej. Ja wyrzucam z bidonem okulary, nie da się w nich jechać całkiem zalepione błotem od zewnątrz, od środka zalane potem i zaparowane. Łapiąc nowy bidon okazuje się, że Arek trochę mi ulżył, bo wie, że będzie za 10 kilometrów znowu. Emocjonalnie to skomentowałem, ale nie pozostaje mi nic, jak tylko jak najszybciej tam dojechać. Znów rośnie level trasy. Mimo wszystko wydaje mi się, że kilometry lecą szybko. To właśnie dzięki wciągającej charakterystyce trasy. Czesi wiedzą jak to zrobić. Nie mam też problemów ze znajdowaniem prawidłowej trasy. Przesuwam się na 13. pozycję, mam nadzieję, że tak równo będę jechał do końca. Kolejny raz widzę Sharana, teraz wypatruję Arka. Jest na szczycie krótkiego podjazdu, teraz na wszelki wypadek trzyma dwa bidony. Łapie jeden, a on z drugiego leje mi po łańcuchu, na koniec jeszcze CX-80. Cisnę pod górę, nie mam siły powiedzieć mu, że zbliżamy się do kałuży i może w nią wpaść. Biedne jego laczki, ale jakoś się wybronił. Teraz dłuższa wspinaczka na najwyższy szczyt wyścigu. Dodatkowo od podnóża zaczyna się specjalna górska premia. Po raz kolejny kibicują mieszkańcy i przypadkowi turyści. Od razu kilka watów więcej. Szczyt pogrążony we mgle, kilka razy zeskakuję z roweru i podbiegam. W oddali widzę sylwetkę kolejnego kolarza. Cały czas pamiętam o regularnym piciu i jedzeniu. Łykam też magnez i guaranę. Wszystko idzie jak należy.

60 kilometr osiągam po 3 godzinach. Liczę ile mi zostało, zresztą na każdym bufecie Arek stara się przekazać mi jak najwięcej informacji. Ile straty do pierwszego, kto przede mną, gdzie wypisane „numerki”. Nawet ile mają kolejni do mnie. Nie wszystko słyszę, czasem nie kontaktuję, np. gdy biegnie koło mnie chcąc oddać mi okulary. Chyba za piątym razem zrozumiałem. Trochę nie zgadzają mi się kilometry, wygląda na to, że skrócili nam na początku trasę o jakieś 5 kilometrów, bo nie zgadzają mi się bufety. Na 80 kilometrze znów jest Arek, oznajmia, że jeszcze ponad 25 kilometrów. Znów się coś nie zgadza. Jadę na pamięć, bo moje ściągawki na kierownicy już dawno się rozpuściły. Na szczęście Arek łatwo porusza się pomiędzy punktami i za każdym razem wiem za ile będzie. Na ostatnim potwierdza, że najgroźniejszy dla mnie zawodnik z nr 2 jest około 3 minuty za mną. Ale woła też: „Jedynka jest niecałą minutę przed tobą, jak Cię to interesuje” - to Hartl Karel. Rzeczywiście dostrzegam go na podjeździe. Pełny ogień. Zbliża się 100 kilometrów. Tętno nadal ładnie wchodzi na obroty, mięśnie pracują, zero skurczy. Tylko na zjazdach szybciej spada – nie jest już tak podbite stresem. Gdy Karel orientuje się, że jestem za nim, przyśpiesza. Przed szczytem już go prawie mam, ale na zjeździe to on znów zyskuje przewagę. Tak też wpadamy na metę, gdzie okazuje się, że cała gromadka 9 zawodników przed nami to zawodnicy z licencją, ktorzy tutaj są oddzielnie klasyfikowani. A że Karel jest z kategorii od 30 do 39 lat, wychodzi na to, ze wygrałem swoją! Strata do pierwszego open wynosi 29 minut, sporo. Ale po przeliczeniu, wychodzi, że poprawie swoje punkty z maratonu nad Gardą. Czyli sukces jest. A z 3. miejsca w generalce powinienem przesunąć się przynajmniej na 2. Na pewno będzie ciężko je utrzymać do końca, ale oczywiście nie zamierzam łatwo skóry sprzedać. Mając taką obstawę na trasie czuję, że nie różni się od innych ekip, przez co power w nogach jest jeszcze większy. Fajnie jest też wiedzieć, że są ludzie, którzy mi kibicują i trzymają za mnie kciuki. To wszystko chodziło mi po głowie podczas wyścigu i dodawało ognia. Dzięki!

Image

Marcin Piecuch

1 Jobánek Jan - Merida Biking Team 4:29:00
2 Ježek Václav - Alpine Pro-Author Team 4:29:31
3 Rybařík Ivan - Merida Biking Team 4:32:42
4 Vokrouhlík Tomáš - Opatovice Nad Labem 4:33:04
5 Bubílek Michal - Kellys Bikeranch Team 4:33:57
6 Hruška Jan - Nissan Dolák 4:34:02
7 Fojtík Ondřej - Nissan Dolák  4:36:12
8 Birkenfeld Rene - Focus MIG Team 4:50:09
9 Splítek Martin - RockMachine-Cyklomax 4:51:13
10 Hartl Karel - Kellys BikeRach Team 4:57:19
11 Piecuch Marcin - SZiK Martombike Eska Team 4:58:07

 
 
Garneau
Alpina
Onestar - DMT

MTBnews.pl na:

Youtube - Kanał MTBnews.pl

 

Facebook - MTBnews.pl

 

Prawa autorskie zabezpieczone przez system Copyscape.

Joomla Templates by JoomlaShack