Marek Stram pokonując 31 okrążeń został zwycięzcą Mazovia 24h Maraton, wyprzedzając swojego kolegę teamowego Bartosza Łuczaka w końcówce maratonu. Był to jego drugi triumf na tej imprezie.
K.K.: Marku, jak się czujesz jako dwukrotny zwycięzca Mazovia 24h Maraton?
M.S.: Mój słownik wyrazów jest zbyt skąpy, aby opisać to uczucie. Po zeszłorocznej edycji 24h powiedziałem sobie, że nigdy więcej, jednak ogromna satysfakcja z ukończenia i zwycięstwa, z biegiem czasu wzięła górę nad fizycznym zmęczeniem. Już od początku sezonu nie mogłem doczekać się kolejnej edycji. Tym bardziej, że w tym roku zapowiadała się ostra rywalizacja z moim teamowym kolegą.
K.K.: Tegoroczna edycja ze względu na warunki pogodowe była chyba najcięższa, czy w trakcie miałeś jakieś momenty załamania? Goniłeś swojego rywala chyba przez całą noc?
M.S.: Warunki były tragiczne, niszczycielskie dla sprzętu, wykańczające dla zawodników. Już po pierwszym okrążeniu czułem, że „noga nie podaje", do tego guma na drugim okrążeniu. Jechałem swoim równym tempem, które okazało się za słabe w porównaniu do kolegi Bartka Łuczaka. Po pierwszych godzinach Bartek miał półtora okrążenia przewagi. Kiedy mnie zdublował próbowałem mu utrzymać koła, ale musiałem odpuścić. Przyznam się, że liczyłam, iż Bartek w końcu osłabnie, ale On utrzymywał stałe, mocne tempo. W tej sytuacji jedyne co mogłem zrobić, to skrócić przerwy. O ile dobrze pamiętam, to ok. godz. 7:00 w niedzielę dogoniłem Bartka, który również złapał gumę i musiał zmieniać oponę. Do tego czasu najdłuższa przerwa miała ok. 4 min. Kiedy rano jechaliśmy już razem wiedzieliśmy, że nikt nie odpuści i zdecydowaliśmy, że ostanie okrążenia jedziemy na maksa. Nie wiem jak zebrałem siły, tym bardziej, że Bartek narzucił bardzo mocne tempo.
K.K.: W jaki sposób i jak długo przygotowywałeś do startu w tym maratonie, miałeś może opracowaną swoją strategię?
M.S.: Nie było specjalnych przygotowań pod ten maraton. Dni poprzedzające maraton to przede wszystkim dużo odpoczynku (snu) i dobre jedzenie. W solo strategia jest bardzo prosta – „maksimum jazdy, minimum przerw".
K.K.: Jadąc w kategorii Solo w miasteczku sportowym miałeś osobę, która dbała o Twój komfort jazdy, podobnie jak i Twój rywal Bartosz. Kto to był i na czym polegała jego pomoc?
M.S.: Jazda w solo bez dobrego partnera to jak pedałowanie bez łańcucha. W moim przypadku, był to szwagier Marcin Dąbrowa, absolwent warszawskiego AWF, instruktor kulturystyki i pływania. Ja kręciłem, on robił całą resztę. Monitorował czasy przejazdu rywali. Ustalał i podawał suplementację (węglowodany, izostar, aminokwasy, gainer, guarana) oraz posiłki. Ponadto serwisował rower (a było co robić), ale przede wszystkim motywował (też było co robić).
K.K.: Zapewne teraz odpoczywasz po tak dużym wysiłku, czy masz jakiś sposób na regenerację organizmu, co w tej kwestii robisz?
M.S.: Obecnie regeneruje się w domu rodzinnym w Bieszczadach. Swojskie, zdrowe jedzenie, dużo snu, rodzinna atmosfera oraz regeneracyjne masaże mojej żony.
K.K.: Może na koniec chciałbyś podziękować komuś lub skierować kilka słów do innych uczestników 24h?
M.S.: Chciałbym podziękować organizatorom i uczestnikom za stworzenie wspaniałej atmosfery. Bartkowi Łuczakowi za wspaniałą i wykańczającą rywalizację. Przede wszystkim jednak dziękuję mojemu partnerowi Marcinowi Dąbrowa. Korzystając z możliwości chciałem polecić klub fitness "SMOLNA 10", z takim instruktorem sukces gwarantowany.
Treść: Katarzyna Krakowiak
Foto: Zbigniew Kowalski
|