MTBnews.pl

Start arrow Newsy arrow Wydarzenia arrow Salzkammergut - relacja Marcina
Salzkammergut - relacja Marcina Email
24.07.2011.
Salzkammergut Trophy - Marcin PiecuchSalzkammergut Trophy to jeden z najcięższych 1-dniowych maratonów MTB na świecie. Marcin Piecuch opisuje swoje zmagania z ponad 200-kilometrowa trasą.

Po raz pierwszy na Salzkammergut byłem w 2005 roku. Wtedy w Polsce biorąc udział w zawodach od 2003 roku nie przykładałem wagi do generalki i jeździłem tam, gdzie akurat mogłem się zabrać ze znajomymi. Do Austrii pojechałem z moim ówczesnym partnerem treningowym Rafałem Wilkiem, wiedząc, że do przejechania jest jakaś setka…

Na miejscu cała impreza zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie, a jak dowiedziałem się, że najdłuższy dystans to ponad 200 km, to wydawało mi się to niemożliwe. Stojąc o 10:00 na starcie myślałem o tych, którzy jadą już od piątej rano, na mecie również wypatrywałem zawodników tego koronnego dystansu. Obserwując ich, już wtedy zrodziło się we mnie marzenie, by kiedyś pokonać ten, chyba najtrudniejszy maraton w Europie.

W tym roku, wybierając jako swój główny cel na sezon cykl MarathonMan Europe, marzenie to odżyło. Wiedziałem, że pojadę na Salzkammergut, ale od razu pomyślałem czy dam radę na 200. Już przed sezonem swoje przygotowania planowałem pod ten wyścig, ale świadomy wielu różnych czynników ostateczną decyzję miałem podjąć bliżej lipca. Po udanych startach w pierwszych edycjach tego cyklu, dobrej dyspozycji na TransGermany i pozytywnej ocenie treningów powiedziałem do siebie: „kiedy, jak nie teraz?”

Salzkammergut Trophy - Marcin Piecuch 

Do wszystkiego co robię staram się podchodzić profesjonalnie. Na zawodach z cyklu MarathonMan Europe zapewniam sobie zawsze wsparcie na trasie i przystępuję do nich w 100% gotowy, nie dopuszczam żadnych niedociągnięć. Ale start na takim dystansie trzeba było zaplanować jeszcze lepiej. Polubiłem to planowanie i już na miesiąc przed wyjazdem poznawałem mapy, wykresy i wyznaczałem punkty, które będę chciał sprawdzić będąc na miejscu kilka dni przed wyścigiem. Do pełnego wsparcia potrzebowałem dwóch osób, Piotrek pojechał ze mną, Arek urwał się z jednego etapu Transalpu. Od środy zapoznawałem się z trasą. W piątek już autem razem z Piotrkiem przejechaliśmy wszystkie możliwe punkty. Powstał cały plan: gdzie, co, jak i ile… znając częściowo nawierzchnię i swoją prędkość na podjazdach mogłem ocenić godzinę na poszczególnych punktach. Perfecto.

 Również mój Cannondale Flash został kompletnie sprawdzony i bezkompromisowo wymienione zostały najważniejsze części. Część komponentów okazała się nagle do wymiany, a pociągając za sobą kolejne, spowodowała, że do ostatniego dnia je kompletowałem. Dlatego w tym momencie chciałbym bardzo podziękować Panu Henrykowi Charuckiemu, Markowi, Arkowi i Piotrowi, którzy przyczynili się do płynnego przechwycenia części i odświeżenia sprzętu. Rower na wyścigu miał obchodzić swoje pierwsze urodziny - niech ma ;)

Od niedawna na polskim rynku działa firma Veloart, która w profesjonalny sposób sprawdza pozycję, szuka punktów, których poprawa przyniesie rezultat w postaci generowania większej mocy. Można również wykonać specjalne wkładki. Na to wszystko zdecydowałem się, by po wyścigu móc sobie powiedzieć, pojechałeś najlepiej jak mogłeś, wszystko było dopracowane na maksa. Z rezultatów byłem bardzo zadowolony, już po wcześniejszym wyścigu widziałem poprawę. Wiedziałem również, że strój uszyty przez firmę Martombike z najlepszych dostępnych materiałów stanowi świetne dopełnienie całości i również ten element jest najlepszy. Świadczy o tym brak obtarć i uczucia dyskomfortu podczas jazdy. Uzmysłowiłem sobie to po wyścigu, kiedy pomyślałem, że przez całe 11 godzin ani razu nie miałem żadnego bólu, czy to w kręgosłupie, kolanach itd., który odwracałby moją uwagę od jazdy.

Salzkammergut Trophy - Marcin Piecuch 

Ostatni dzień przed startem to zapisy. Odebrałem numer A76 z podpisem „Cinek”- skąd wiedzieli?! Możliwie wcześnie położyłem się spać, dobrze już naładowany węglowodanami postawiłem na dłuższy sen i wstać chciałem o 3:00. Organizm jednak wie swoje i wolał zjeść tak jak to zwykle jest przed startem, czyli na trzy godziny przed. Obudziłem się o 1:50, oceniając się na w pełni wypoczętego. Musli z jogurtem, makaron i pieczywo z dżemem... Spoglądałem na wykres i mapy, ale nawet nie patrząc na nie, miałem je przed oczami. Czas odliczałem już w minutach, obudziłem chłopaków i mając wszystko gotowe o 4:30 ruszyliśmy w stronę startu. Oj tak, stres był. W aucie mała zmiana odnośnie obstawienia przez chłopaków pierwszego punktu. Generalnie plan był taki, że Arek początek obstawia rowerem, Piotrek autem. Na pierwszych 7 kilometrach są może dwa miejsca, gdzie można się napić. W bidonie mam dosłownie dwa łyki, a w psychice +5 punktów. W sektorze potwierdza się fakt, że nie tylko ja będę miał obstawę na trasie, no ale na pewno nie mam gorzej. Okulary w kieszeni, jest jeszcze ciemno! Na szczęście w nocy przestało padać, asfalt jest mokry, ale powinien szybko wyschnąć, a szutry mają tu duży potencjał wchłaniania wody. Na starcie stoję tylko kilka minut, poznaję parę osób z wcześniejszych edycji. Zdumiony obserwuję jak wiele kibiców przyszło nas przywitać. Grzechotki, dzwonki, pochodnie – klimat niesamowity. Ruszamy!

Salzkammergut Trophy - Marcin PiecuchBezstresowo dojeżdżamy do podjazdu i równie spokojnie go zaczynamy. Jadę z przodu, może 20. pozycja. Szacowany czas, nieco ponad 10-kilometrowego podjazdu, to 50 minut. W tym czasie mam pokonać 900 metrów w pionie. Początek to 3 kilometry asfaltem, krótki zjazd i szuter zamieniający się w ścieżkę z luźnymi kamieniami, nachylenie od razu dochodzi do 25-27%. Przejeżdżając go w deszczu w czwartek w kilku miejscach było ślisko i podbiegałem. Teraz tempo jest wyższe, więc łatwiej takie odcinki pokonać. Tylko raz wszyscy zeskakujemy z roweru i podbiegamy, końcówka przed 7. kilometrem bardzo stroma. Jest Arek, dopiero co dojechał, podaje cały bidon i mówi: „jesteś ósmy!” Trochę się grupa rozciągnęła, ale bardziej patrzę, żeby jechać równo swoim tempem. Razem ze mną jedzie Czech Karel Hartl, zamieniamy kilka słów, współpracujemy jeszcze z jednym Włochem. Tak dojeżdżamy do szczytu, łapię czas tego odcinka: 00:48, elegancko. Po drodze kilka razy rozglądaliśmy się dookoła. Coś niesamowitego, słońce schodzące po okolicznych szczytach, a w dole mleko. Przelatuje mi myśl, że tylko dla tego widoku było warto tu być. Na zjeździe mijamy kogoś robiącego gumę, oj tak, trzeba uważać. Karel ma mega niskie ciśnienie w oponie, na podjazdach lekko buja góra dół, ale na zjeździe mknie. Kolejny podjazd zaczynamy we dwóch, w trakcie dogania nas Holender Rudy Vos po zmianie kapcia. Na 21 kilometrze wyrzucam drugi bidon. Świetne fotki robi w tym miejscu Sportograf. Rozpoczynam zjazd, o którym mówił mi znajomy Holender, że zamiast szutrem puścili ciężką ścieżką w lesie. Jest ślisko, zbiegamy, a w zasadzie ześlizgujemy się. Dalej współpraca na szutrach i jestem już na znanym mi odcinku. Wpadając do lasu, przypominam sobie, że miałem wcześniej ściągnąć okulary. Teraz nie ma jak, a przez nie mało widać. Dopiero na agrafce trochę zsuwam. Dojeżdżam do słynnych półek skalnych i tunelów. Mnóstwo fotografów, kamer i dopingujących kibiców. Na końcu zjazdu wąskimi schodkami dojeżdżamy do mostu, za którym czeka Piotrek.

Planowany czas zgadza się co do kilku minut. Jadę przez miasto, kibice nadal towarzyszą. Rozpoczynam ten sam, co na początku, asfaltowy podjazd, ale po 3 kilometrach trasa odbija. Śmigam z Czechem, który dojechał mnie na zjeździe, ale teraz to on trochę zostaje. Oceniam ilość potrzebnego picia i trochę wylewam, wiem, że na górze czeka Arek. Kolejny punkt obstawia Piotrek, również ile da radę podjeżdża do szczytu następnej góry. Niestety przetrzymały go korki i łapię go wcześniej. Wymieniam na cały, piąty bidon. Tą część trasy powinienem pamiętać z 2005 roku, ale tylko momentami coś sobie przypominam po fakcie, głównie w stylu: acha, też bym wypadł na tym zakręcie… Znów scenariusz jest podobny, Czech odjeżdża na zjeździe, ja na podjeździe. Na bufecie łapię bidon, czeka mnie tylko zjazd, ale Piotrek może mieć znów problem z przebiciem się przez miasto. Na szczęście jest, wymieniam na swojego power drinka, uzupełniam batoniki, magnez i guaranę. Wszystko w umówione kieszenie pakuje Piotrek, ja tylko kręcę. Teraz czeka mnie szarpany podjazd, pewnie ponad godzinę, bo do pokonania kolejne 1000 metrów w pionie. Tu przypominam sobie miejsce,  gdzie w 2005 roku złapały mnie skurcze, profilaktycznie aplikuję kolejny magnez, teraz jest spoko.

Salzkammergut Trophy - Marcin Piecuch 

Na 3 kilometry przed szczytem trasa łączy się z pętlą, którą już pokonałem. Teraz jadą ją ci z dystansu 120 kilometrów. W punkcie styku dojeżdżam do zawodnika w stroju Conway i jakiegoś Czecha. Okazuje się że Conway, to Papstain Bijorn, gość do którego w generalce po dwóch najlepszych edycjach traciłem 122 punkty – co za spotkanie. Wyjeżdżamy razem do szczytu gdzie czeka Arek, zrzucam resztę ciuchów i łapię 8. bidon! Teraz ciężki odcinek w lesie i dobrze znany mi zjazd. Tym razem pamiętam ściągnąć okulary. Na dole znów ma być Piotrek, kontrolujemy przewidywany czas po prawie 6 godzinach jazdy, jestem 5 minut wcześniej, tzn. nadrobiłem kilka minut, super. 9 bidon. Na podjeździe dostrzegam Niemca, który jako jedyny z naszej grupki na pierwszym podjeździe próbował dogonić czołową siódemkę. Teraz ewidentnie nogi mu się nie kręcą. Dziękuję sobie w myśli, że wtedy z nim nie pociągnąłem. Szybko go zostawiam. W najbliższym punkcie chciałem, żeby był Arek, ale spotykając go w „O” uznałem, że odpuścili to miejsce. Po zjeździe rozpoczynam kolejny podjazd, już prawie na pusto, ale powinienem dać radę. Zaraz na początku podjazdu, słyszę jakieś krzyki. To pewnie dopingują Niemca, który jedzie kilkadziesiąt sekund za mną, myślę sobie, że muszę powiększyć dystans i staję w pedały. Po wyścigu Arek pyta się: co Ty nie słyszałeś mnie w „O”?! Okazało się, że próbował dogonić mnie krótszą drogą i to on za mną krzyczał. Brakło może minuty. Ale dzięki temu lecę na pusto. Wiem, że czeka mnie teraz bardzo ciężki zjazd, który prawie w całości zbiegałem w 2005 roku. Rozpoczynam ostrożnie, ale czuję się pewnie. Są odcinki gdzie się podparłem lub zeskoczyłem kawałek, ale i tak jestem zadowolony z postępu. Na dole ponownie melduję się o dobrym czasie. Arek rusza przede mną. Krzyczy, żeby stojący na bufecie zrobili miejsce, super. Podaje mi dziesiąty bidon, dwa batony, umówionego NOXa i standardowo magnez i guaranę.

Salzkammergut Trophy - Marcin Piecuch 

Przede mną ciężki odcinek. Niby płasko, ale pod wiatr i samemu, można ponieść straty. Jadący z krótszego dystansu nie są wstanie dać zmiany, czasem ktoś podczepia się na koło. Zaplanowany na 50 minut odcinek pokonuję w 52, chyba nieźle. Uzupełniłem energię batonem, załadowałem pobudzającego NOXa. To wszystko, żeby przygotować się do najtrudniejszego podjazdu na trasie – Hallstatt – od 150 kilometra, 3 kilometry i 500 metrów w pionie. Chłopaki ledwo zdążyli dojechać, ale ważne, że są. Łapię 11. bidon, na górze skorzystam z bufetu. Tutaj dojeżdżam jeszcze ludzi z dystansu 80 km. Robi się gęsto, większość pcha rowery. Ja miejscami podciągam się ręką wzdłuż barierki. Trochę wyżej namoknięta łąka, trzyma koła, a słońce przypieka. Pot leje się strumieniami. Ten odcinek udaje mi się jeszcze podjechać. Wjeżdżam na asfalt, będzie łatwiej? Niestety to chyba najcięższy odcinek na trasie. Teraz na wykresie z Polara odczytuję średnie nachylenie 21% na odcinku 1 kilometra. W dwóch miejscach zsiadam z roweru i podchodzę, szok. Tętno po 8 godzinach jazdy zbliża się do progu, ale w nogach czuję coraz większą pustkę, mimo to wznoszenie bliskie 1000 metrów. Na szczycie jestem 10 minut później niż planowałem, łapię bidon i po kilku kilometrach w dół rozpoczynam przedostatni podjazd. 8 kilometrów pokonuję w 50 minut, wznoszenie znacznie spadło, teraz tylko 80. Zaczyna brakować picia, a po szczycie ma być kilka kilometrów granią. Na podjeździe dojechał mnie Niemiec, którego już dawno wyprzedziłem. Widocznie to teraz ja mam zgona. Rozmawiamy i jedziemy wspólnie, jest z wyższej kategorii, warto choć chwilę popracować.

Od 180 kilometra znam już całą trasę. Jeszcze jeden 6 kilometrowy podjazd z 450 metrami w pionie. Nogi odmawiają przy chęci mocniejszego depnięcia. Nie mam skurczy, ale brakuje już mocy. Piotrek dodaje mi otuchy i wymienia chyba 14. bidon. Arek ma być na górze. Momentami zastanawiam się, czy na chwilę nie zejść, odpocząć. Jakoś kręcę, ludzie z krótszego dystansu dopingują. Jakoś to mija i z Arkiem zaczynam zjazd. Jedzie za mną. Dobrze, bo coś czuję, że mam miękko z tyłu. Dojeżdżamy do bufetu, tym razem Arka chcieli zhaltować, a miał ogarnąć mi napęd. Na szczęście na lekkim zjeździe jakiś Czech słysząc mój napęd podaje mi oliwkę. Próbuje dać mi zmianę. W tym momencie na liczniku pojawia się 200 kilometrów, przewyższenie równe 7049 m już prawie w całości mam za sobą! Kwestia zeskalowania powoduje, że tabliczki mówią o 15 kilometrach do mety. Czuję już, że jakoś dojadę, wcześniej zastanawiałem się, czy ten wyścig kiedyś się skończy?! Współpracuje z dwójką z dystansu B.

Rozpoznają mnie Strzyżowianki i mocno dopingują, teraz niosą mnie już tylko emocje. Im bliżej mety, tym więcej kibiców. Ostatnie metry. Słyszę jak spiker wyczytuje moje nazwisko. Jestem na mecie z czasem 11:13:04. Trochę dłużej niż planowałem, ale błąd nie jest duży. Pozycja prawdopodobnie 9, a która w kategorii? Zwycięzcy z ubiegłego roku nie ma przede mną. Czas też jest lepszy niż poprzednio, rozmawiam z Niemcem Markusem Zieglerem. Dojechał 4 minuty przede mną, też jest z AK1, ale czy ktoś jeszcze? Dopiero później dowiaduję się, że zwycięzca open jest również z mojej kategorii. Szok. 47 minut straty. Sporo czasu, ale na godzinę to jakieś 4 minuty, chodź na pewno od początku nie traciłem równo. Cieszę się z miejsca w pierwszej dziesiątce, wyścig był niesamowity. Przelatują mi różne momenty z trasy. Przejechałem ją bez problemów z rowerem, Arek i Piotrek świetnie wykonali powierzone im zadanie. Wszystko zagrało jak w szwajcarskim zegarku. Ciężko mi teraz ocenić, czy coś mogłem zrobić lepiej, gdzieś pojechać szybciej. Różnice są niewielkie, zarówno przede mną jak i za mną. Co ciekawe, kolejni zawodnicy to moja kategoria, Czech, Niemiec i zawodnik ze Stanów Zjednoczonych. Przeglądając wyniki z poprzednich lat, jeszcze nigdy nie było w czubie tak wielu zawodników z najmłodszej kategorii! Szybko przeliczyłem również stratę na punkty w generalce MarathonMan Europe. Na pewno ponad 10000 punktów na 11000 dla zwycięzcy. Wybór dystansu z racji generalki był jak najbardziej trafiony. Pojawiają się nowi rywale, ale zrobię wszystko, by zmieścić się przynajmniej na pudle, bo wiem, że mam na to szanse!

Salzkammergut Trophy - Marcin Piecuch 

Na koniec chciałbym jeszcze raz wszystkim podziękować. Oczywiście moim sponsorom: SZiK - części samochodowe, Martombike, Radio Eska, Miasto Rzeszów, Resgraph, Greinplast, KU AZS PRz, 7Anna, Formicki-bike, CoolGym, CSTR, TPM. Dziękuję rodzinie i Asi za to, że wspierają mnie w tym co robię oraz Arkowi i Piotrkowi, którzy niesamowicie pomogli podczas wyścigu. Dziękuję również wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki. Dziękuję za wsparcie, które jest bardzo potrzebne w pokonywaniu takich wyzwań. Zapraszam na moją stronę www.marcinpiecuch.rzeszow.pl gdzie zamieściłem galerię zdjęć od Sportografa.

 
 
Garneau
Alpina
Onestar - DMT

MTBnews.pl na:

Youtube - Kanał MTBnews.pl

 

Facebook - MTBnews.pl

 

Prawa autorskie zabezpieczone przez system Copyscape.

Joomla Templates by JoomlaShack