Marcin Piecuch, który ostatnie lata swojego życia kolarskiego poświęcił na wyścigi etapowe, szykuje się do kolejnego wyzwania. Tym razem z Arkiem Cyganem wybiera się na ABSA Cape Epic.
MTBnews.pl: Przed tobą kolejne wyzwanie: Cape Epic. Kiedy zdecydowałeś ubiegać się o start w tej najbardziej prestiżowej imprezie?
M.P.: Każda etapówka ma swój niepowtarzalny klimat. Po ukończeniu jednej zaczynam szukać kolejnych, które zaskoczą mnie czymś nowym. Epic jako marzenie pojawił się po Transalpie, ale od marzenia do realizacji jest długa i kręta droga. Podobnie było, gdy zaczynałem swoją przygodę z kolarstwem i zamarzył mi się wyścig po Alpach. Wtedy też nie sądziłem, że tak szybko uda mi się je zrealizować, ale uparcie do tego dążyłem i zawsze tak będzie. Myślę, że pomogło moje zaangażowanie podczas maratonu Skandii w Rzeszowie. To właśnie wtedy miałem okazję rozmawiać z Panem Pawłem Ziembą. Po rozmowie marzenie odżyło i wiedząc, że mogę liczyć na jego pomoc, zacząłem działać. Temat był ciężki, bo zapisy trwały do końca maja 2011, a mieliśmy już wrzesień. Normalna droga była już niedostępna. Wykorzystałem moje doświadczenie we współpracy reklamowej, popierając wszystko zdobytymi do tej pory wynikami w europejskich maratonach i oczywiście w Transalpie. Podziękowania za pomoc kieruję również do Sportografa, dzięki Tom!
MTBnews.pl: Powiedz coś więcej o tym wyścigu.
M.P.: W tym roku wyścig Absa Cape Epic rozpocznie się 25 marca i trwać będzie do 1 kwietnia. Ograniczona do 1200-stu liczba uczestników zmagania rozpocznie 27 kilometrową czasówką z 900 metrami przewyższenia na przedmieściach Cape Town. Kolejne dwa dni to etapy wokół miejscowości Robertson. 115 i 119 km z sumą przewyższeń 2350 i 1650 m. Czwarty dzień to przejazd do miejscowości Caledon, będzie to najdłuższy etap liczący 147 km i prawie 3000 metrów w pionie! Kolejny dzień to pętla wokół Caledon, „tylko” 105 km z 2600 metrami w pionie. Szóstego dnia przejedziemy 119 kilometrów i 2350 m przewyższenia z Caledon do Oak Valley in the Elgin Valley. Przedostatni etap to znów pętla z miejscowości startu, pierwszy od prologu dystans poniżej 100 kilometrów – dokładnie 85 km i 2200 przewyższenia. Ostatni dzień to powrót na przedmieścia Kapsztadu. 64 kilometry i 1350 metrów w pionie, które dla zmęczonych organizmów na pewno nie będzie lekkie. W sumie trasa liczy 781 kilometrów i 16 300 metrów podjazdu. Porównując do Transalpu jest dłuższa o 160 kilometrów i chodź suma podjazdów jest mniejsza to na pewno podłoże i klimat da się mocno we znaki. O innych walorach trasy ciężko mi teraz coś więcej powiedzieć, z informacji organizatora wiemy, że mogą zobaczyć nas zwierzęta, które normalnie nie widzą turystów.
MTBnews.pl: Z kim w parze postanowiłeś wystartować?
M.P.: Koncepcji było kilka. W sezonie 2011 startowałem tylko indywidualnie, a Transalpowy kompan Arek Cygan musiał ruszyć do pracy w innym mieście. Rozważałem zmianę, jeżeli Arek nie będzie mógł wrócić, ale i chciałem powiększyć skład wyjeżdżającej ekipy do przynajmniej dwóch teamów. Jeszcze zanim otrzymałem decyzję, Arek wziął się za odrabianie treningowych zaległości. Połączenie wszystkiego było bardzo skomplikowane. Gdy dostałem odpowiedź o możliwości udziału tylko jednego teamu, wybrałem nasz sprawdzony na Transalpie duet. Dużo czynników składa się na wynik w takim wyścigu, wiem, że razem sobie poradzimy.
MTBnews.pl: W kilku edycjach startowali już Polacy, ale nie było ich w czołówce, jak oceniasz wasze szanse?
M.P.: Dużo jeszcze nad tym nie myślałem. Owszem, przeglądnąłem wyniki z poprzednich lat. Z roku na rok przybywa sławnych nazwisk, ten rok na pewno nie będzie lżejszy. Zauważyłem, że część zawodników z czołówki europejskich wyścigów, z którymi mogłem porównać się na Trans Germany, jest bardzo dobrze przygotowana. Na zeszłorocznym Cape Epic, Karl Platt i Stefan Sham zajęli 3. miejsce ze stratą 15 minut na 29 godzinach jazdy. Inni dopiero szlifują swoją formę właśnie podczas Cape Epic. Jak chociażby z tego samego teamu Bullsów, Thomas Dietsch, który na mecie miał 2 godziny straty do Karla. Oczywiście wpływ mogły mieć zdarzenia losowe i na pewno warunki klimatyczne. Nie wiemy jak nasze organizmy zareagują na tamtejszy klimat. Nie znamy też poziomu kolarzy z RPA, oczywiście poza zwycięzcą Burry Standerem, których w pierwszej 30-tce, czyli na 60 zawodników było 18! Przez te różnice trudno znaleźć punkt odniesienia. Jak widać, jest za dużo niewiadomych, żeby powiedzieć gdzie możemy się plasować. Podobnie było przed Transalpem, a wynik nas jak najbardziej zaskoczył. Myślę, że to rozsądne podejście, a jeżeli będzie taka szansa, to po rozpoznaniu w tym roku, będę wiedział jak przygotować się na kolejny.
MTBnews.pl: Co w takim razie będzie mieć największe znaczenie?
M.P.: Duży wpływ będzie miało przygotowanie. Nie wszyscy mają takie same warunki do trenowania, a na początku sezonu będzie mieć to jeszcze większe znaczenie. Jedziemy walczyć o najlepszą pozycję, na jaką będzie nas stać, ale nie ukrywam, że jedziemy także przeżyć przygodę. Planujemy korzystać tylko z tego, co zapewnia organizator. Na Transalpie miałem swój Staff, to miało bardzo duże znaczenie. Z opowiadań wiem, że organizator bardzo dba o uczestników. Na mecie oddaję do ogarnięcia rower, udaję się do przygotowanego namiotu, gdzie czeka na mnie torba z rzeczami. Później dostaję smsa, że rower jest gotowy. Na pewno jest to olbrzymie przedsięwzięcie logistyczne i chętnie to zobaczę. Mam nadzieję, że zmieszczę się do torby i wyśpię w namiocie.
MTBnews.pl: Cape Epic zaczyna się już niedługo, jak przebiegają przygotowania?
M.P.: Wyścig pod koniec marca to duże wyzwanie. Wylot do Afryki mamy dokładnie za dwa miesiące! Moje treningi bardzo różnią się od tych w ubiegłym roku. Wtedy moje główne cele sięgały połowy sezonu i o innym czasie rozpoczynałem przygotowania. Tym razem pod koniec sezonu wcześniej zacząłem roztrenowanie i tym samym, po odpoczynku, szybciej mogłem ruszyć z przygotowaniami. Konkretnie było to w połowie listopada, natomiast Arek zaczął jeszcze miesiąc wcześniej. Super udało się przepracować grudzień, dużo więcej kilometrów, w dodatku wszystkie na powietrzu. Styczeń wygląda już trochę gorzej z jazdą na zewnątrz, ale oczywiście nie zwalniamy tempa przygotowań. Na siłowni wkroczyła faza siły i za 3 tygodnie ruszamy na zagraniczne zgrupowanie. Jak co roku będzie to Rimini. Świetnie znam ten rejon, czuję się tam jak u siebie i już nie mogę doczekać się zobaczyć te ulubione miejsca i trasy. W ten weekend przejdziemy badania wydolnościowe, które pomogą nam jeszcze bardziej szczegółowo ukierunkować swoje przygotowania. Badania zrobimy u siebie, w Rzeszowie. To super, że Diagnostix może do nas przyjechać, a test zrobimy na swoich rowerach. Skorzystać mogą również na tym kolarze z regionu, których zapraszam na badania.
Jak co roku sam rozpisuję sobie plan treningowy opierając się na własnym doświadczeniu i wiedzy. Jednak w tym roku w końcu nastąpił w moich treningach przełom, bo tak mogę powiedzieć o treningach z pomiarem mocy, w którego wyposażenie się było moim celem od dłuższego czasu. Wprowadza to sporo zmian, cały czas uczę się prawidłowego użytkowania i analizy w zaawansowanych programach. Widzę swoje braki i niedociągnięcia, szybko mogę reagować na sygnały obciążenia i zmęczenia organizmu. Mam nadzieję, że efekt tej pracy będzie widoczny już niebawem.
MTBnews.pl: Jaki team będziecie reprezentowali w RPA?
M.P.: Na tą chwilę mogę powiedzieć, że wystartujemy pod nazwą Skandia SZiK Eska Team, choć umowy patronackie radia i telewizji dają nam możliwość reklamowania jeszcze jednego głównego sponsora. Nasz wyjazd ma być relacjonowany m.in. w Radiu Eska i TVP, co daje duże możliwości reklamowe dla zainteresowanych firm. Oczywiście inne, realizowane przeze mnie od kilku lat sposoby reklamy również i tu są możliwe. Po szczegóły zapraszam na swoja stronę. Oprócz wymienionych firm, sponsorami wyjazdu będą: Miasto Rzeszów, Resgraph, Greinplast, Politechnika Rzeszowska, TPM. W stroje wyposaża nas Martombike, natomiast odżywki to oczywiście Inkospor. Sprzętowo wspierają nas: Fan-Sport, Sportkonsulting, Harfa-Harryson, Formicki-bike i 7Anna.
|