|
Wracamy do Mistrzostw Świata Solo 24h w Kanadzie. Dariusz Sawicki, który ukończył ten morderczy wyścig na 3 miejscu w swojej kategorii wiekowej doszedł już do siebie i opisał nam ten wyścig.
Na miejsce wyścigu przyjechaliśmy w piątek. Przygotowaliśmy wtedy pit stop i braliśmy udział w meetingu. Było to oficjalne spotkanie wszystkich "solistów" z ludźmi zasłużonymi w tej dyscyplinie. Byli ci co zapoczątkowali jazdę 24h solo, oraz ubiegłoroczni Mistrzowie Świata - Rebeca Rusch i Tinker Juarez.
W sobotę około 11:30 zostaliśmy ustawieni według numerów na starcie i o 11:45 wystartowali wszyscy soliści. Najpierw kilkaset metrów biegu, po czym każdy brał swój rower z pit stopu wyjeżdżając na trasę. Pierwsze okrążenie było o 7km dłuższe, bo prowadziło przez miasto. Po rundzie miejskiej wjechaliśmy prosto na trasę, z którą mieliśmy się zmierzyć przez następne 24 godziny. Przez pierwsze 2 km był szeroki szuter ze stromymi podjazdami. Później to już kilka kilometrów krętych single tracków po korzeniach i kamieniach. Był to najtrudniejszy odcinek trasy. Reszta trasy była łatwiejsza, chociaż wcale nie prosta. Na 9 kilometrze mijaliśmy obok miejsce startu i tam też był drugi na trasie bufet. Druga część trasy była w większości bardzo szybka. Sporo podjazdów dało się wjechać rozpędzając się na wcześniejszym zjeździe. Kilkaset metrów przed rozjazdem na specjalny 5-kilometrowy odcinek tylko dla solistów był bardzo trudny podjazd. Bardzo wąska ścieżka z zakrętami prawie 180 stopni i dużą liczbą korzeni. W suchych warunkach trzeba było nieźle się wysilić aby tam wjechać, a po deszczu już wszyscy tam prowadzili rowery.
Odcinek dla solistów na początku był bardzo szybki i całkiem przyjemny. To co dobre jednak szybko się kończy i po około 1km zaczynał się długi podjazd po trawie. Nagrodą za podjechanie był fajny szybki zjazd z krótkimi trudnymi elementami po wystających kamieniach. Po połączeniu trasy solistów i drużynowców była już szeroka droga, ale z kilkoma podjazdami, w tym jednym bardzo stromym, dla większości nie do podjechania i bardzo szybkimi zjazdami przy samej mecie. Na mecie okrążenia trzeba było zejść z roweru i przebiec kawałek przez namiot, w którym każdy zawodnik miał odznaczane każde okrążenie, razem z godziną przyjazdu. Za tym namiotem były już indywidualne pit stopy i... wyjazd na następne okrążenia.
Wyścig rozpoczął się przy dość wysokiej temperaturze. Przez ponad 3 godziny było prawie 30 stopni. Niestety później spadł deszcz i temperatura spadła momentalnie do 14 stopni. Przed deszczem jak ktoś bardzo się postarał, to mógł przejechać całość bez zsiadania z roweru. Po deszczu niektóre odcinki były już zupełnie nieprzejezdne, a niektóre wymagały zbyt dużego ryzyka aby tam jechać. Po każdym kółku w błocie, czyli już do końca wyścigu, musiałem oddawać rower mojemu mechanikowi Prestonowi do wymycia i nasmarowania łańcucha. Błoto tak kleiło się do napędu, że dało się jechać tylko na biegu, na którym wjeżdżało się w błoto. Na pozostałych biegach łańcuch przeskakiwał. Po kilku kółkach w błocie starły mi się klocki hamulcowe i lewa manetka przestała zrzucać na małe koronki korby. Czas naprawy wykorzystałem na większy ciepły posiłek. Preston był rewelacyjny. Zrobił mi tak rower, że działał lepiej niż chwilę po starcie wyścigu. Sprawdził się również jako masażysta. Na początku wyścigu męczyły mnie skurcze, które po masażu już nie wróciły...
Na noc miałem przygotowane lampy na kierownicy i kasku, które sprawdziły się znakomicie. Nie widziałem tak dokładnie jak w dzień, ale światło pozwalało zjechać nawet w najtrudniejszych miejscach. W nocy deszcz padał jeszcze kilka razy, ale dodatkowo wiał dość mocny wiatr, który przewrócił duży zegar nad linią mety. Temperatura spadła do 7 stopni. Z powodu deszczu sporo osób się wycofało, w tym ubiegłoroczny Mistrz Świata Tinker Juarez, któremu ponoć wpadło błoto w oko. Ja mam tym większą satysfakcję, że nie poddałem się i jechałem do końca. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, aby się wycofać. Po prostu jechałem swoje, a trudne warunki na trasie tylko mnie zwolniły. Przez początkowe okrążenia jechałem na 3 pozycji z nieznaczną różnicą czasu do najlepszych. Najwięcej straciłem przez błoto. Prawdopodobnie moi rywale trochę więcej ryzykowali na trudnych odcinkach i mniej czasu spędzali na pit stopach. Ja wtedy jechałem bardzo asekuracyjnie. Chciałem ukończyć wyścig w jednym kawałku i wystarczająco dużo jeść, szczególnie ciepłych posiłków, aby sił starczyło do końca. Dopiero na ostatnie okrążenie zdjąłem z siebie przeciwdeszczowe ciuchy i pojechałem „na krótko”. Wykręciłem najlepszy czas od kiedy zapadła noc, na więcej okrążeń już by mi zabrakło czasu, ale i nic by nie zmieniło w klasyfikacji. Udało mi się utrzymać 3 miejsce. Mogę to uznać za mój życiowy sukces, szczególnie z tak silnymi przeciwnikami.
Niestety nie mogłem stanąć na podium, bo organizator zaplanował dekorację na 5 godzin po zakończeniu wyścigu! Nas czekała jeszcze długa droga do Calgary i następnego dnia lot do Polski, więc czekanie nie było nam na rękę. W drodze powrotnej powiedziano mi, że był oficjalny komunikat o niedźwiedziu grizzly przebywającym w okolicach trasy. Ja tego nie słyszałem, a mi na szczęście nikt tego nie powtórzył, abym się nie zestresował...
Pit Stop współdzieliłem z Tomkiem Rażniewskim, który zajął 4 miejsce w kategorii 50-54. Dziękuję osobom, które pracowały w nim przez całą dobę: mojej siostrze Ewie, Prestonowi - mechanikowi i masażyście, żonie Tomka Ewie, Soni, Tomkowi jr i Jonattanowi za pomoc. Bez nich nie udało by mi się zrobić takiego wyniku. Dziękuję również sponsorom, dzięki którym mogłem wyjechać do Kanady i całemu klubowi Trek Gdynia, który cały czas mnie wspierał i pomagał zorganizować cały wyjazd.
Od redakcji
Wyścigi 24-godzinne są co raz to popularniejsze na całym świecie. Pasjonują się już nimi nie tylko zawodnicy Ameryki Północnej, ale co raz silniejsi Australijczycy, a także zawodnicy z Europy. Modę na tak ekstremalny wysiłek, którą zapoczątkował w naszym kraju Cezary Zamana na swojej Mazovii 24h, pochwyciło w kraju kilka osób. Start Darka Sawickiego z Treka Gdynia w Mistrzostwach Świata oraz regularne występy Andrzeja Kuchmistrza z Cyklosport Bolesławiec w Pucharze Czech mogą być motywacją dla wielu utalentowanych polskich kolarzy górskich. Całe szczęście, że mamy też gdzie się sprawdzać. Jest Mazovia 24h, mamy również Titus Polska 24h na okrągło. Do pełni szczęścia brakuje jedynie Mistrzostw Polski 24h. Miejmy nadzieję, że tę lukę wypełni któryś z krajowych graczy na rynku imprez MTB.
|