|
Strona 2 z 2
Na kolejnym etapie z Dusznik Zdroju do Kraliky każdy wiedział z kim będzie walczył. Po spokojnym starcie i pierwszym podjeździe jechałem w pierwszej grupie, byłem dobrze zregenerowany. Kolejny podjazd prowadził wzdłuż wyciągu w Zieleńcu, tam doszło do rozerwania naszej grupki. Jechałem za Borupem, który puścił Andrzeja i Wojtka oraz swojego krajana Bachmanna. Dalej duża część etapu prowadziła wąską asfaltową drogą po grani, chciałem utrzymać się w pierwszej grupie i razem z nią pokonywać dalsze kilometry. Musiałem do nich doskoczyć. Gdy tylko ich widziałem odliczałem stratę czasową, 30, 20, 15 sekund. Zbliżałem się. Borup siedział mi na kole. Kilka nieudanych zrywów, ale w końcu na krótkim zjeździe mocno się rozpędziłem, jeszcze mocniej przycisnąłem pod górę i... doszedłem :-). Borup również zaczął atakować, ale pomimo tego, że odpoczywał za mną na kole, nie dał rady i został. Teraz jadąc w pierwszej grupie, choć tempo było wyższe niż mógłbym utrzymać jadąc sam, ciągle zmieniając się mogłem odpoczywać. Dojeżdżając do Kraliky, wykorzystałem krótki zjazd i rozpocząłem długi finisz. Wpadliśmy w kręte uliczki w centrum, za każdym zakrętem wyglądałem mety, w końcu jest, wygrałem etap!!! Ale to znów nie był koniec, teraz trzeba było wykonać te same czynności regeneracyjne co wczoraj. Po dekoracji, razem z Łukaszem pojechałem na nocleg.
Czas od przejechania mety do kolejnego startu należy maksymalnie wykorzystać.
|
Rano następnego dnia czułem się równie dobrze, organizm dobrze się regenerował, wszedłem już w pewien rytm wyścigu, który stał się dla mnie codziennością. Była to na pewno zasługa odżywek i masaży. Podczas takiego wyścigu, przy tym w temperaturze około 30 stopni, utrata minerałów wraz z wodą mogłaby spowodować, że go nie ukończymy. Nawet gdy dotrzemy do mety etapu, organizm nie będzie w stanie tak szybko uzupełnić braków. Nie mając nikogo do pomocy na trasie, żeby się nie odwodnić, jechałem z camelbagiem i bidonem, tzn. wypijałem około 3 litrów płynów na etapie.
Na starcie do tego etapu nie stałem bardzo z przodu i gdy wyścig szybko wjechał w wąską ścieżkę zostałem oddzielony od czołówki. To był mój błąd. Zagapiłem się, myślałem, że na podjeździe spokojnie ułoży się standardowa kolejność. Na szczycie zobaczyłem czołówkę i pomyślałem, że uda mi się jeszcze „dospawać”. Byłem zdany tylko na siebie, co prawda widziałem, że ich doganiam ale kosztowało mnie to sporo sił. Dojechałem ich na początku kolejnego podjazdu, niestety Duńczycy narzucili mocne tempo i nie miałem kiedy złapać oddechu. Podjazd był długi i przed szczytem znów się porozrywaliśmy. Wtedy uznałem, że etap jest za długi na takie szarpanie i że mogę za to później zapłacić. Jechałem już swoje, zły na siebie, że zagapiłem się na początku. Etap udało mi się ukończyć na 4 pozycji, chwila nieuwagi kosztowała mnie jednak niepotrzebną utratę sił. To jest wyścig, trzeba cały czas być czujnym.
Kolejnego dnia widać było jak wczorajszy, długi etap dał wszystkim w kość. Kiepsko jechało się Wojtkowi Halejakowi, który na początku został z tyłu. Ja też nie miałem już takiej świeżości, jadąc z Borupem utrzymywałem się na 3-4 pozycji. Etap może nie był długi, ale w dużej mierze techniczny. Na jednym ze zjazdów zaliczyłem upadek, zbijając kolano i biodro. Na szczęście mogłem kontynuować jazdę. Nie był to jednak koniec pechowego dnia. Na ostatnim zjeździe, 4 km przed metą przejechałem przez coś ostrego przecinając oponę. Płyn uszczelniający sobie nie poradził i musiałem założyć dętkę. Oczywiście byłem na to przygotowany, zawsze miałem ze sobą dwie dętki, naboje, łatki, skuwacz i spinki do łańcucha, podstawowe klucze, a nawet hak do przerzutki. Wszystko to dawało mi pewność, że będę mógł ukończyć każdy etap, choćby nie wiem co się działo. Dojechałem 5, w generalce zajmowałem 4 miejsce, na które miał również ochotę Borup, będący kilkanaście minut za mną. Moje niepowodzenia powiększyły natomiast stratę do trzeciego, jednak nie traciłem nadziei. Nie wolno jej tracić, wszystko może się jeszcze odmienić.
Zawsze miałem ze sobą dwie dętki, naboje, łatki, skuwacz i spinki do łańcucha, podstawowe klucze, a nawet hak do przerzutki.
|
Następnego dnia pech jednak nie odpuścił, problemy miałem z amortyzatorem, do tego zdarzyło mi się pomylić trasę, która prawie w całości prowadziła ścieżkami trudnymi technicznie, nie dającymi chwili odpoczynku. Ogromne nieszczęście spotkało również Borupa, który na początku przewrócił się i złamał rękę, odpadając tym samym z walki. Na mecie bardziej niż nogi bolały mnie ręce, wytrzęsione przez niedziałający amortyzator. Dzisiejszego etapu nie ukończył również Łukasz, dlatego mógł pożyczyć mi swój amortyzator, żebym zdołał kontynuować wyścig. Moja strata do 3 zawodnika była już duża, 4 miejsce miałem jednak niezagrożone, o ile będę jechał tempem z początkowych etapów. Problemy jednak nie zniknęły, na początku kolejnego etapu wyciekł mi olej z hamulca i zmuszony byłem zbiegać wszystkie trudniejsze zjazdy! Tylko dzięki determinacji i samozaparciu dotarłem do mety. Oprócz codziennych czynności regeneracyjnych musiałem zająć się rowerem. Odpowietrzyłem hamulec, zmieniłem również opony, ponieważ na ostatni etap zapowiadane były burze. Byłem już bardzo zmęczony, miałem problemy żołądkowe, ale chęć ukończenia pokonywała wszystko.
Ostatni etap przejechałem ostrożnie, bo tylko defekt mógł zabrać mi czwartą pozycję. Pomimo starannego przygotowania roweru przed Bike Challange niektóre części mnie zawiodły. Nie było to spowodowane moim niedopatrzeniem, czy pechowym defektem – po prostu 500 km wyścigu daje popalić nie tylko zawodnikowi. Dużo zależy od naszych funduszy, ale głównym czynnikiem przy wyborze niech będzie niezawodność. Udział w tak trudnym wyścigu jest olbrzymim doświadczeniem. Uczucie jakie pojawia się po jego ukończeniu jest nie do opisania i pozostaje na długo w pamięci.
Na koniec chciałbym podziękować: rodzinie, mojej dziewczynie Asi, Klubowi Vitesse Bergamont Bikeworld.pl, moim indywidualnym sponsorom (Greinplast, Resgraph, OPGK Rzeszów S.A., Eksa i TPM), Państwu Łucji i Franciszkowi Łykom, Łukaszowi Młodynie i jego znajomym, Arkowi Cyganowi, Leszkowi z Rojaxu, Andrzejowi Kaiserowi, Markowi Tyńcowi i wszystkim innym, którzy w jakiś sposób mi pomogli i przyczynili się do tego wyniku.
Dziękuję!
|