MTBnews.pl

Start arrow Artykuły arrow Różne arrow Zabrakło mi niewiele
Zabrakło mi niewiele Email
Autor: Patryk Wawrzyniak   
30.09.2008.
Patryk WawrzyniakNadszedł sądny dzień, wspomina Patryk Wawrzyniak. Jeszcze wczoraj nie wiedziałem, czy w ogóle pojadę na zawody. ponieważ mój rower wciąż był pełen usterek. Praca nadesłana na konkurs "MTB reportaż".

Co prawda porządnie go wyczyściłem i naoliwiłem napęd, ale z rana jeszcze przejechałem się po osiedlu i widziałem, że coś nie do końca jest OK. Nie czułem się również jakoś na siłach, bo wiedziałem, że wyścig ma mieć 31 kilometrów długości i być w miarę płaski, przez co bardzo szybki, a ja wolę pagórki.

Ale jednak udało się. Wraz z Piotrkiem i panem Irkiem załadowaliśmy 3 rowery do samochodu i udaliśmy się w drogę na wyscig XC rozgrywany w Pszczewie ostatniego dnia sierpnia. Na miejsce trafiliśmy po odrobinie błądzenia po Pszczewie, ponieważ pan kierujący ludzi na zawody wskazał nam o jedną drogę w lewo za daleko, przez co zamiast trafić skrótem wprost do ośrodka wypoczynkowego "Karina", przejechaliśmy przez całą mieścinę. Mimo wszystko na miejscu byliśmy prawie 2 godziny przed czasem. Rejestracja w namiocie organizatorów (start kosztuje: 10zł "ulgowy", 15zł "normalny"), przebranie się, zjedzenie pierwszej porcji bananów oraz ryżu i w drogę. Zrobiłem sobie rundkę wokół jeziora Szarcz, przejeżdżając jednocześnie ok. 6,5km drogi, którą to później miałem się ścigać. Więcej nie było sensu. Od czasu objazdu zdążyłem jeszcze spokojnie wypocząć i pogawędzić z innymi kolarzami. Organizator powiedział, że trasa jest łatwa, szybka i można ją zrobić w 50 minut, co mnie, szczerze mówiąc, wprawiło w osłupienie. Stwierdziłem, że nie mam nawet o co walczyć, jedynie postaram się utrzymać tempo pana Irka lub choćby Piotrka. Pierwsze 4,5 oraz ostatni kilometr trasy były pokryty nawierzchnią asfaltową. A więc będzie grzanie, więc boję się, że od początku będę zamykał stawkę. Moim zaskoczeniem było to, że na starcie pojawił się tylko jeden zawodnik z Żar (i tak wygrał w swojej kategorii). Ogólnie w wyścigu wzięło udział tylko 30 osób. Według mnie było warto i niech żałują ci, co się nie pojawili.

Patryk Wawrzyniak

Start nastąpił punktualnie o 12.00. Ustawiłem się w pierwszej linii, by zacząć mocno i trzymać się wyznaczonego tempa. Wszyscy ruszyli, jak przewidywałem, ostro. Dogonił mnie m.in. pan Irek startujący z drugiego czy nawet trzeciego rzędu. Ale nie dawałem się. Na pierwszym ostrym zakręcie wszyscy zwalniali, a więc była okazja do nadgonienia i chwilowego wytchnienia. Po następnych paruset metrach stworzyły się 2 grupki: ludzi z Gar-Chem’u i moja. Tamci uciekali coraz szybciej. Nie wiedziałem, jaką my mamy przewagę nad resztą, bo wyznaję zasadę (podobnie jak Maja Włoszczowska ;-) , by nie oglądać się za siebie. Wpadliśmy w teren. Czułem straszne drapanie w gardle. Ano tak, na niebie ani chmurki, choć nie tak źle, bo w cieniu miało być 26 stopni. To uczucie zostało spowodowane przez zmęczenie, nie zaś przez temperaturę. Mimo to, gnałem. Do grupy, w której był między innymi pan Irek, Piotrek i Mateusz z Żar brakowało mi 10 metrów. Myślę, nie dam rady, bo dobrze wiem, że nie umiem najzwyczajniej w świecie kogoś dogonić. Ale oto cud - udało się. Już nie puściłem ich aż do końca, mimo że w trakcie skład się ciągle zmniejszał, z początkowych 6 do 3 osób.

Trasa zaczyna być już prosta, mimo ponad 180 uderzeń na minutę wskazywanych przez pulsometr w ogóle przestałem czuć zmęczenie. Jak to możliwe? Czyżbym potrafił utrzymać tempo dwóch innych gubinian? Coś tu jest nie tak ;-) Podczas takiej jazdy w mini-peletonie zauważyłem, że mam problemy z zakrętami. Zawsze na nich zwalniam, co się zresztą obróciło przeciw mnie na ostatnich metrach. O tym później. Przerzutka także szwankowała, co powodowało, że większość podjazdów brałem "na stojaka", bo było to o wiele efektywniejsze niż czekanie na reakcję „zmieniarki”.

Patryk WawrzyniakNa trasie był tylko jeden poważny podjazd, przy jednym z kilku jezior, który trzeba było wjechać z siodełka. To był kluczowy moment w całym wyścigu, przynajmniej dla mnie. Chwilę przed nim zjeżdżaliśmy i na zakręcie wyrzuciło mnie prawie poza drogę, przez co straciłem kilka cennych sekund. Piotrek i Mateusz wyprzedzili mnie i gonili pana Irka, który już się mozolnie wspinał. Szybko do nich doszedłem, jako że dobrze się czuję na tego typu podjazdach (krótkich, a treściwych), niestety, nasz starszy kompan już był ok. 15-20m dalej. Tu właśnie popełniłem błąd. Mogłem atakować, a nie zrobiłem tego. Po prostu moja samoocena była zaniżona i mówiła mi, że ja nie jestem w stanie wygrać w M1. Zostałem więc w grupce 2 kolarzy z tej samej kategorii, którzy momentami zaczynali się wlec. Krzyczę: "gońcie go", a ci nic. Później się okazało, że Piotrek nie miał już siły, bo zawodnik z Żar nie dawał zmian, licząc na udany finisz. W trójkę dociągnęliśmy do samego końca. Choć każdy z nas próbował uciekać, zawsze był wchłaniany, gdy tylko odrobinę zwalniał na górce, piachu itp. Ja również miałem taką szansę, ale na przykład był ostry zakręt między domami i musiałem zwolnić.

Gdy znaleźliśmy się na końcowym asfalcie, przyspieszyłem. Oni za mną. Momentami dobijałem do 40-tki, ale szybciej już nie mogłem. Oboje wyprzedzili mnie na ostatnim (tym razem w miarę łagodnym) zakręcie. Nie zdołałem utrzymać ich tempa. Na koniec jeszcze Mateusz wyprzedził Piotrka i triumfował w naszej kategorii. Mi pozostało cieszyć się z pierwszego wywalczonego w życiu III miejsca na jakichkolwiek zawodach sportowych. Do zwycięzcy zabrakło mi 11 sekund, a do kolegi, z którym jeszcze w maju nie miałem żadnych szans (zarówno w pofałdowanym terenie, jak i na płaskim), 6 sekund.

Po dłuższym odpoczynku i dojściu do siebie wypiliśmy dużo wody, wyczyściliśmy rowery i spożyliśmy swoje ostatnie zapasy. Na koniec pozostało jeszcze zjeść darmową grochówkę i uczestniczyć w ceremonii dekoracji. Fajne to uczucie, stać na pudle. A nadmienię, że wywoływano pierwszą trójkę, a nie jak zwykle ma to miejsce, szóstkę. Z nagród dostałem jedynie dyplom i książeczkę reklamową, ponieważ organizatorzy wykosztowali się na rowery warte ok. 400zł dla zwycięzców w każdej kategorii. Ale ten kawałek papieru jest dla mnie i tak bardzo cenny. Oznacza, że nawet ja, do tej pory całkowity łamaga sportowy, mogę coś w tej dziedzinie osiągnąć. Poza tymi dwoma rzeczami jeszcze dodatkowo załatwiłem sobie mapkę z trasą wyścigu oraz plakat i długopis. No i oczywiście numer startowy :-) Trochę tych gadżetów się nazbierało.

Zawody oceniam bardzo pozytywnie pomimo niskiej frekwencji, ale to była pierwsza taka impreza organizowana w tamtej gminie i mieli prawo jeszcze nie umieć dobrze się wypromować. No i podobno trasa za rok ma być trudniejsza, co ma przyciągnąć większą liczbę rowerzystów.

Patryk Wawrzyniak

Corny Naturalna Energia

 
 
Garneau

MTBnews.pl na:

Youtube - Kanał MTBnews.pl

 

Facebook - MTBnews.pl

 

Prawa autorskie zabezpieczone przez system Copyscape.

Joomla Templates by JoomlaShack