Przez kilka lat startów i przebywania w świecie zawodów kolarskich można poznać wiele ciekawych postaci. W głowie wyrabiamy sobie krótką charakterystyka poszczególnych zawodników.
Jednych znamy prywatnie, drugich tylko obserwujemy. Z każdym sezonem wiemy więcej o swojej konkurencji. Stojąc w sektorze startowym wiemy na co stać danego zawodnika obok, którą koszulkę klubową gonić tuż po starcie, a której uciekać. Z wieloma osobami się zaprzyjaźniamy, są tacy do których czujemy wielki respekt za ich wyczyny, a są też tacy szarzy, całkiem niezauważeni wypełniacze frekwencji na liście wyników.
Każdej wiosny stojąc na starcie pierwszego większego wyścigu rozglądamy się po rywalach i szukamy tych co mogliby nam zagrozić, albo znajomych, z którymi fajnie jest pogadać po wyścigu. Zjeżdżamy się na wyścigi z całego kraju i często jedynym bodźcem podtrzymującym znajomość jest łącząca nas pasja i obecność na wyścigach. Często pytamy kolegów z innych klubów: gdzie Darek? Dlaczego nie przyjechał Paweł? itp. Odpowiedzi są różne. Niektórzy jadą do pracy zagranicę, inni nie trenowali cały rok przez wymagające studia, albo brak czasu spowodowany tworzącymi się rodzinami.
Wielu dobrych chłopaków, którzy kochają rywalizację, a ambicja wylewa się im uszami zostawiają rower w kącie i zajmują się dorosłym życiem. Wkraczanie w wiek samowystarczalności i niezależności od rodziców jest brutalny. Stawienie czoła dorosłości często nasuwa pytanie: Czy kolejny sezon na rowerze nie przyhamuje mojego efektywnego wejścia w dorosłość? Z boku słychać ciągle, że trzeba się kształcić, pracować, zarabiać i mieć czas dla bliskich. Frazes; twórz perspektywy na przyszłość, kolidują z sielankowymi weekendami w żywiole walki i rywalizacji. Rezygnacja z czynnego realizowania swoich pasji to nieprzyjemna rzeczywistość. Wielu chłopaków, których znamy miało wielki talent i predyspozycje. Osiągali oni świetne wyniki i w wieku 20-24 lat znikali z list startowych. Tak trudno jest pogodzić sumienne treningi z czasem na szkołę czy pracę, a poziom krajowych wyścigów bardzo wzrasta, nawet w amatorskiej płaszczyźnie. Osoba, która nie stawia tego w szczytowej pozycji priorytetów nie ma teoretycznie szans na podium. Wielu zawodników przyzwyczajonych do ścigania się w „czubie" peletonu, nie pojawia się już na wyścigach po "przespanej" beztreningowej zimie. Ludzie rezygnują z tego co lubią na rzecz szarych obowiązków. Wielu ma w świadomości fakt, że w naszym kraju sport nie kojarzy się z dostatkiem. Mistrzyni olimpijska w podnoszeniu ciężarów pracuje „na zmywaku", a sportowcy zeszłych lat sprzedają swoje kruszcowe medale bo mają za niską emeryturę. Takich wiadomości nie chce się słuchać, bo jest to przykre.
Nie powinniśmy się poddawać lękowi. Trzeba robić to co się lubi. Każdy z nas ma w sobie rower i ta zajawka pozostanie do końca. To jest nieuleczalny nałóg, pozytywne skrzywienie na psychice. Doceńmy to, że rajcuje nas zdrowy tryb życia, wiatr pod kaskiem, błoto na zębach i wysokie tętno. Nie można odpuszczać i wkręcać się w tryby kapitalizmu i pędzącej gospodarki, trzeba spełniać się w sobie. Za wszelką cenę należy robić to, co sprawia nam przyjemność, a nie to, co uważane jest za właściwą drogę. Nie ważne czy zima przespana i czy rower zakurzony. Na starcie miejsca jest zawsze wystarczająco, a szacunek dla tych co podejmują walkę!
Tomasz Zając i Mateusz Zieliński www.biketeam.go.pl
|